Latest Entries »

Jak zostałam chłopakiem

Od września sumiennie przeglądałam strony internetowe i sklepy w poszukiwaniu odpowiedniej dla mnie kreacji na ucztę z okazji klęski Napoleona pod Waterloo, szerzej znaną jako studniówka. Wnioski wysnułam następujące: interesujące mnie sukienki, w których może wyglądałabym tak jak chciała nawet cieniem  nie są w moim zasięgu finansowym, a te, które by na mnie pasowały (przy moim wzroście, którego z przyzwoitości nie wspomnę i figurze) sprawiłyby, że wyglądałabym jak pocieszna dziewczynka, która na sale balową wpadła prosto z 12. urodzin. Wtedy w mojej głowie zrodził się zalążek pomysłu, wynikający w sumie ze zmęczenia poszukiwaniami, więc spytałam siostry, czy mama dałaby się przekonać na kupno damskiego garnituru. Tu zaznaczę, że to taki mój konik i wpadłam na to, gdyż wiecej mi wiadomo o tych niewychodzących nigdy z mody kostiumach niż sukienkach. Mimo, że pomysł w sumie rzucony był z głupia frant to spotkał się z poparciem i zaangażowaniem mojej siostry (która już wszystko zaplanowała oczywiście) i akceptacją mojej mamy. Tak od słów przeszłam do czynów, bo w sumie czemu nie? Raz, że będę się lepiej czuła w takim stroju; dwa, że potrzebuje go też na inne okazje; trzy, bo to moja studniówka. Ludzie podzielili się w tej kwestii na trzy fronty. Pierwszy reprezentowany jest przez osoby, których reakcje można podsumować słowami „to może jeszcze gorsety palisz!?”. Nie, nie palę. Są drogie, z reguły ładne, a ja nie potrzebuje się z niczym afiszować. Tu się pojawia druga grupa: „fajnie, że manifestujesz niezależność kobiet”. Nieszczególnie. Zresztą wydaje mi się, iż tylko ja się ubieram w ten garniak, nie cała populacja żeńska. Całe szczęście jest trzecia grupa, która po prostu stwierdza, że fajny pomysł i z tą grupą się najbardziej utożsamiam. Nie zapomnę też wysłać tradycyjnego zdjecia z podwiązkami, na którym mnie zostanie szczerzyć się do konserwatystów.

PS Jest jeszcze Cezary. Nie płacz Cezary, będzie dobrze.

Reklamy

Nadszedł ten piękny czas, gdy przygięci z mrozu Polacy* do stałego repertuaru swych wylewnych żali i przekleństw na cały świat dodają jeszcze jeden temat – finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Choć krytyka kierowana jest głównie na osobe prezesa zarządu fundacji, Jerzego Owsiaka, to nie da się ukryć, że traci przy tym na wizerunku cała impreza. Sprawa rozchodzi się o przekręty finansowe (zresztą bez dowodów), rzekome szerzenie złej ideologii (no bo jak to tak pomagać innym) i zarobki organizatorów i uczestników (gdy powinni przecież wszyscy żyć jak asceci, skoro są tacy uczynni). Długo by wymieniać. Kolejne argumenty przeciw WOŚPowi są coraz mniej rzetelne, żeby nie powidzieć po prostu, że głupie. Czy mogę zaprzeczyć, że Jurek sie na całej akcji wzbogaca? Oczywiście, że nie, zresztą nie bardzo mnie to obchodzi. Mógłby kupić sobie dom i nowy samochód, a w dalszym ciągu niesie nieporównywalną z niczym pomoc polskim szpitalom i ich pacjentom. Zresztą jak sam zgrabnie skomentował, prędzej jego sprzęt pomoże krytykującym go ludziom, niż ich krytyka go dosięgnie. Ja sama jako kilkuletnia kwestorka mogę się przyznać do przywłaszczenia kliku niewykorzystanych naklejek-serduszek, ale słowo daję, że to mój jedyny zysk materialny z Orkiestry.

Nie nalegam, by każdy w zbliżajacą się niedziele koniecznie wyszedł z domu i zasilił niesione przez zmarzniętych wolontariuszy puszki. Nalegam za to, by każdy, kto krytykuje Wielką Orkiestre Świątecznej Pomocy zastanowił się przez chwilę, czy od początku roku zrobił dla drugiego człowieka coś lepszego.

* nie wszscy na całe szczęście. Statystyki  pokazują, że impreza cieszy się rosnącym zainteresowaniem, ale ludzie opisani powyżej doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

PopBook

Wbrew przeciwnościom losu (głównie przez brak czasu), uważam się za osobę, która czyta dużo, wcale dobrej książki. Mimo to miesiąc temu usłyszałam szokujący dla mnie wyrok – osoba oczytana, owszem, ale nieobeznana z literaturą piękną. Zabolało to moją czytelniczą dumę, ale po niedługiej refleksji byłam zmuszona z werdyktem się zgodzić. Bo faktem jest, że takowej nie czytam. Jak to się stało, że ja, wychowana w tradycyjnym, polskim domu pielęgnującym tradycje narodowe nie mam styczności z literaturą piękną? Odpowiedź okazała się całkiem banalna – dano mi wolność w wyborze tego co czytam. Po książki sięgałam sama odkąd nabrałam samodzielności w czytaniu, wiec czytałam to, na co miałam ochotę. Może zresztą to jest źródłem mojej awersji do lektur szkolnych? Być może. Niemniej za wolność literacką jestem dozgonnie wdzięczna.

Dziś czytam dzieła  różnorodone – od książek bardzo ambitnych po takie, do których czytania być może przed niektórymi bym się nie przyznała. Ale każda sprawia mi przyjemność. A po co czytać książki, jak nie dla przyjemności?  Cytując Teda Brautigana z „Małych ludzi w żółtych płaszczach” Kinga : (…)Od czasu do czasu czytaj też coś dla samych słów, dla języka. Nie bądź jak głupole, którzy nigdy tego nie robią. A jeśli uda ci się znaleźć książkę, w której jest i ciekawa historia, i piękny język, traktuj ją jak największy skarb. 

Nie każdy takie skarby ma. Co więcej; szokuje mnie to potwornie, ale nie każdy w ogóle czyta książki! Może lekiem na to jest właśnie taki dowolny wybór? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że prędzej czy później sięgne po literature piękną, ale wtedy będę ją czytała dla przyjemności.

 

Feminizm a feminazizm

Definicja feminizmu mnoży się i dzieli, bo zaczeła być kwestią sporną, odkąd feminizm pierwszej fali  przyniósł zadowalające efekty. Skoro kobiety nie muszą juz palić gorsetów żeby móc głosować, to czy jest o co walczyć? Ano jest. Ale pokolei.

Moją ulubioną historią obrazującą o co chodzi w feminiźmie, jest historia Marii Skłodowskiej – Curie. To przykład tak oczywisty, że pewnie na początku zdania odgadliście, iż właśnie ten podam. Historia jest znana. Maria wykazała się inicjatywą, odkryła dwa pierwiastki silniejsze od uranu i pozwoliła na zaistninie w świecie naukowym nie tylko sobie, ale kobiecie w ogóle, co było małym krokiem dla Skłodowskiej i dużym dla całęj populacji kobiet, które w tamatych czasach niewiele miały do powiedzenia. Opowieść napawa dumą wszyskie przedstawicielki płci względnie piękniejszej, ale daje pole do popisu nurtowi feminizmu radykalnego, który to utrzymuje, że całemu nieszczęściu kobiet winna jest dominacja mężczyzn. Tu należy dopowiedzieć resztę historii: Maria pracowała ze swoim mężem, Piotrem, który sam nalegał, żeby jego żona podpisywała się pod wynikami doświadczeń, które wspólnie przeprowadzali. W tamatych czasach to było nie do pomyślenia, żeby kobieta wniosła coś poza daniami na obiad.

Państwo Curie są idalnym przykładem tego, jak to powinno działać. Nie chodzi o dominacje i opresje, a o współprace, o równe szanse i warunki. Choć na pierwszy rzut oka we współczesny świecie już nie trzeba o to walczyć, to okazuje się, że problem jest, w krajach zachodu i nie tylko, na płaszczyźnie zarówno społecznej jak i ekonomicznej. To hamuje rozwój i szkodzi nie tylko kobietom, więc temat jest jak najbardziej aktualny.

Dzisiejszy odcinek sponsorowany przez Wikipedię. Polecam i odsyłam, bo artykuły otwierają oczy. 

Uwaga, poniższy tekst jest pisany bez żadnego doświadczenia rodzicielskiego, opraty jedynie na własnym dzieciństwie. Pozdrawiam.

Za każdym razem gdy popełniam fatalny błąd przejedzenia się, a zdarza mi się to dosyć często, w mojej głowie niczym przestroga od własnego anioła pojawia się fraza „Od łakomstwa strzeż was Boże” z wiersza Stanisława Jachowicza, który to wiersz był mi w młodości wielokrotnie czytany. Zawsze wtedy znajduję w sobie trochę pokory (na najbliższą godzinę) ale przede wszystkim dużo podziwu dla bajek i wierszy, które rodzice czytali nam, gdy byliśmy mali. W związku ze zbliżającym się przyjściem na świat nowego członka rodziny  zaczełam ostatnio na nowo zwracać na to uwagę. To, co zauważyłam wprawiło mnie w osłupienie.

To co się rzuca w oczy już od pierwszego wejrzenia w dzisiejszą literaturę dla najmłodszych, to ilustracje tak słodkie, że dostaje sie cukrzycy od samego patrzenia. Ja wiem, kolorowe rzeczy przyciągają uwagę dzieci i wydają się atrakcyjne, ale świat tak nie wygląda.

ksiązki

 

Nie mówię, że wszystkie książki muszą mieć oprawę graficzną jak bajki Krasickiego ilustrowane genialnymi rysunkami autorstwa Jana Marcina Szancera, czy jak baśnie braci Grimm,do których ilustracje malowała Ewa Salamon, ale to co mamy dzisiaj jest moim zdaniem lekką przesadą.

Stwierdziłam, że w porządku, może rodzice mają własny rozum i sami wybierają inne książki. Zaczełam trochę czytać  w internecie i trafiłam na wypowiedź jakiegoś rodzica, że „Mikołajek” to nieodpowiednia książka, bo już od pierwszych stron chłopcy się biją, wyzywają od grubasów a jeden chłopiec ma depresje, bo nikt go nie lubi. Łapki mi opadły. Jako dziecko wychowywane na Krasickim, Andersenie i braciach Grimm naprawdę jestem zszokowana podejściem rodziców w tych czasach. Więc parafrazując Jachowicza pozwolę sobie napisać: Tak się i z wami, dziateczki, stac może; Od mdłych książek dla dzieci strzeż was Boże.

PS Fajny artykuł popierający moją opinię, a napisany najwyraźniej przez kogoś lepiej obytego w temacie.

Muszę przyznać, że jestem pesymistką. Oh, jakże to fatalnie brzmi! Nie mam na myśli może czystego pesymizmu, takiego, którym odznaczają się ludzie ponurzy czy dotknięci nieszczęściem. Jestem pesymiską teoretyczną – wolę po prostu zakładać gorsze i najwyżej zostać mile zaskoczoną. Mimo to nie widzę świata w czarnych barwach, wręcz przeciwnie. Obierając taki, nie inny punkt widzenia, często jestem mile zaskoczona. Jeśli nie jestem mile zaskoczona, to przynajmniej jestem przygotowana.

Ale jest coś jeszcze w wyobrażaniu sobie mrocznej wersji przyszłości, coś co mnie lekko przeraża. Wydaje mi się to po prostu fascynujące. To główny powód, przez który sięgam tak często po dystopie. Jest to idealne przeciwieństwo utopii, wizja świata, który zniszczył, niszczy albo jest bliski zniszczeniu ludzkości. Albo na odwrót: to ludzie go niszczą. W zasadzie często nie trzeba nawet w tym roli samego świata, bo jak to ujęto juz dawno temu „człowiek człowiekowi wilkiem”. Dystopie są historiami o ekstremalnych warunkach i skrajnych przypadkach, ale jedno trzeba pamętać – nie ma książek całkowicie stworzonych przez umysł człowieka i każda, choćby w najmniejszym stopniu, opiera sie na faktach. To prawda, co udowadnia chociażby fakt, że
Orwell swoją mroczną wizję z „Roku 1984” opierał na ówczesnych (1948) wydarzeniach w Hiszpanii. Ktoś powie „hej, w tych czasach to przeciez już tak nie wygląda!”. Co odpowiem? Żeby się rozejrzał, bo może to jeszcze nie rok 1984, ale czasami mam wrażenie, że jesteśmy blisko.

Dzisiejszy odcinek sponsorowany przez podtytuł „Woda jest mokra” i tatka, który demaskuje oczywiste tytuły.

Kawał z brodą

Obejrzałam finał eurowizji i jestem w szoku. Albo wręcz wielu szokach. Omijałam to głośne wydarzenie muzyczne szerokim łukiem, gdyż gdzieś w mojej głowie zakorzeniła się niezbyt dobra o nim opinia. Że to, kolokwialnie rzecz  ujmując, wieśniacka impreza mająca jednak niewiele wspólnego z krzewieniem dobrej muzyki. Włączyłam, bo akurat nie miałam nic lepszego do roboty.

Pierwsze zaskoczenie przyszło szybko, co nie było trudne do przewidzenia, bo ostatnią eurowizję widziałam jakoś w okolicach 2003 roku. Poczułam się dziwnie…

Oddaje honor. Widowisko było niesamowite – organizacja, stroje, scena, niesamowite efekty… ja bym się dalej świetnie bawiła, gdyby zepsuł się dźwięk telewizorze. Ale dobrze, że jednak odbierałam zarówno obraz jak i dźwięk, bo okazuje się, że jak najbardziej było warto. Większśc piosenek mi się najzwyczajniej w świecie podobała. Były zróżnicowane, świetnie przygotowane i zdecydowanie odbiegały od mojego wcześniejszego wyobrażenia o eurowizji. Wszystko pięknie, ale coś jednak pozostawiło niesmak po wczorajszym seansie.

Na Conchitie Wurst natknęłam się byłam już jakiś czas temu, przy czym nie przykuła mojej uwagi na dłuzej, co wynika pewnie z mojej odporności na, że tak to ujmę, egzotyczne zjawiska. Nie wzbudziła we mnie ani popracia, ani niesmaku – stwierdziłam, że w porządku. W końcu co za różnica jak wygląda, ważne jak śpiewa. Wczoraj się okazało, że Europa nie podziela mojej opinii. Naprzeciw zagorzałym fanom, którzy pewnie gotowi juz iść na mnie z widłami, wychodzę z opinią, że jej występ nie był zły. Ma świetny głos (trochę, jak Tina Turner), ale piosenka była… dosyć przeciętna. Choć nikt głośno tego nie mówi wszyscy o tym wiemy: widzowie docenili brodę, nie muzykę. Z drugiej strony w polskim występie docenili pewnie wdzięki występujących pań, ale cycki nie zajęły pierwszego miejsca. Drugie za to zajęła reprezentacja Holandii, czego im szczerze gratuluję, bo piosenka spodobała mi się od pierwszego wejrzenia.

Podsumowując. Pomyślałam sobie, że jak kiedyś będę opowiadała dzieciom, że Eurowizję 2014 wygrała kobieta z brodą, to nie uwierzą. Od razu jednak pomyślałam, że w sumie czemu nie? Może świat pójdzie na tyle do przodu, że kobieta z broda nie będzie już niczym zaskakującym. Jeśli Conchitia o to walczy, to ma moje całkowite błogosławieństwo. Wtedy może znowu zaczniemy oceniać muzykę.

 

PS Dzisiejszy post sponsorowany jest przez kurs szybkiego czytania.

 

Potocznie mówi się o czymś, że towarzyszy człowiekowi od zawsze. Człowiekowi – znaczy przedstawicielowi naczelnych, od zawsze – od któregoś momentu historii ludzkości zależnie od obranego aspektu. Ale o jednej rzeczy można z całą pewnością rzec, iż jest w naszym życiu naprawdę od samego początku – sen (choć bywają chwile, że sama w to powątpiewam, zwłaszcza w okresach wzmożonego „to było na wczoraj” i kawy). Dla uściślenia – nie interesuje mnie mistyczne znaczenie marzeń sennych, jak mógłby to ktoś pokrętnie zrozumieć, tylko stricte sen i chronobiologia. Generalnie od jakiegoś czasu (od zawsze? ->patrz wyżej) interesuje mnie neurologia, ale to ta konkretna gałąź jest w stanie porwać z mojego życia kilka godzin, głównie na czytaniu artykułów popularnonaukowych. Gdy ktoś już pozna tego mojego konika pyta – czemu sen? Co w nim takiego fascynujacego? Z czysto praktycznego punktu widzenia – nie oszukujmy się, jest cudowny. Z czysto technicznego punktu widzenia to przecież aż 1/3 naszego życia! My śpimy, ale nasz organizm nie do końca, chociażby mózg, który całkiem sobie poczyna wtrakcie gdy my pozostajemy w bezpiecznych ramionach Morfeusza. Mielście kiedyś zły sen, a gdy się z niego wybudziliście czuliście ucisk w klatce piersiowej? Albo czy zdarzyło Wam się kiedyś śnić Wasz poranek, że wstaliście rano z łóżka i robiliście swoje codzinne czynności, a budziliście się dopiero, gdy doszło do jakiegoś absurdalnego wydarzenia? Jeśli nie, to pewnie któreś z tych rzeczy jeszcze się Wam przytrafią. Ale spokojnie, to nie demony ani incepcja, tylko sytuacje, które już dawno nauka zaszufladkowała i opisała. Wystarczy sie zainteresować.

http://www.frontiersin.org/Human_Neuroscience

Formularze i tabele

… czyli największy horror czasów współczesnych, dawka (nie)konstruktywnego marudzenia na aspekty życia w naszej cywilizacji.

Tak to już jest, że niektórzy ludzie wypełniając formularze się denerwują. Zaczyna się niewinnie – od strachu przed złym wpisaniem adresu na pocztówce z wakacji, choć mam wrażenie, że tego uczy się już w zerówce (jak nie wcześniej). Pojawia się też strach, przed złym wpisaniem danych na arkuszu egzaminacyjnym (w dowolnym okresie edukacji), bo przecież źle wypełnione arkusze nie są sprawdzane. Czasem, zanim staniemy się dumnymi posiadaczami kart płatniczych musimy zrobić przelew, taki tradycyjnyna poczcie. Wtedy to już nie przelewki, bo w gre wchodzą już pieniądze. Potem przez nasze życie przewija się wniosek o dowód, o prawo jazdy, o odroczenie wezwania do zapłaty… generalnie formularze atakują nas na każdym kroku. Całe szczęście chyba już w starożytności odkryli, że ludzie to istoty o ograniczonych możliwościach pojmowania, więc zawsze tym niecnym papierkom i cyrografom szatana towarzyszą duże i podkreślone podpowiedzi typu „TU WPISZ IMIĘ” potem „TU NAZWISKO”. Wykonać trzeba robotę bynajmniej wymagającą precyzji sapera, a jedynie czarnego długopisu i kilku minut skupiania. Zawsze można, ryzykując tylko ton nieprzyjemny jak tablica rysowana gwoździem, spytać pani z okienka lub po prostu kogoś, kto wcześnej coś takiego wypełniał. Brzmi prosto, prawda? Otóż po ostatnich moich doświadczeniach jednak mam wątpliwości. Jak zwykle, gdy myślę, że jestem przygotowana na każdą pułapkę zastawioną przez ludzką głupotę życie postanawia skonfrontować mnie  ze stajnią Augiasza idiotyzmu. Z całego powyższego tekstu wynika, że rozumiem szok i zastrzyk adrenaliny przy wypełnianiu tabelek, ale, na wszystkich bogów, jakich ludzkość wymyśliła, nie mam zielonego pojecia jaki kolor oznacza krzyżyk…

Na wszystkich dostępnych w moim pokoju zegarkach dobiega północ, podczas gdy ja siedzę przed monitorem komputera gryząc się z nieprzyjaznymi mi duchami nowej technologii. Moja maszyna do losowania głupich pomysłów (MDLGP – warto zapamietać, jeszcze się przewinie nie raz) wyszła z pomysłem; po co zakałdać nowy blog, jak można zmodyfikować stary! I tak oto mój park miniatur z całą jego zawartością (sztuk 6) odszedł na literacki cmentarz i w wątpliwa niepamieć internetu. Czym się stanie teraz? Jednominutowym blogiem z moich codziennych przeżyć i przemyśleń. Pomysł zaczerpniety od Vodha (dzięki tatku). Czy przeżyje? Czas pokaże. Vodh na pewno, co do bloga mam pewne wątpliwości…

To kolejna próba utrzymania jakiejkolwiek, metaforycznej formy literackiej.  Czasem mam wrażenie, że w wieku jedenastu lat już lepiej pisałam. Tym co mnie pchnęło do heroicznej próby (kolejnej zresztą) przelania moich myśli na kod zerojedynkowy, były pewne słowa, które gdy padły ogrzały moje zimne serce conajmniej do temperatury pokojowej: że ja nawet głupie wyjście do sklepu jestem w stanie ciekawie opisać. Brzmi jak wyzwanie, a ja całkiem lubi wyzwania (w granicy rozsądku i mojego lenistwa).

Dorosły człowiek czyta od 200 do 250 słów na minutę. Po kursie czytania jest w stanie osiągnąć tempo do 600 słów na minutę, ale ja bym potrzebowała dodatkowego kursu bardzo wylewnego pisania i wewnętrznej motywacji. Zostanę w granicy dla normalnych ludzi, dla własnego i własnych czytelników zdrowia. Tak więc zapraszam na jednominutowe spotkanie z moją rzeczywistością w różnych odsłonach. Wszystko, co da sie powiedzieć, da sie powiedzieć prosto, a czego sie nie da powiedzieć, o tym należy milczeć.